O pobycie w klinikach niemieckich

O pobycie w klinikach niemieckich

Wcześniej niż przypuszczaliśmy dostaliśmy znak do powrotu do domu. Trzy tygodnie w Niemczech pozwoliły nam trochę odetchnąć poznając 90-cio procentową diagnozę Mai: „zespół Gradenigo”. Wiele przed nami, ale jesteśmy przygotowani. Przekonaliśmy się na własnej skórze czym różni się nasza opieka zdrowotna od tej na Zachodzie.

Mentalność i system
Pierwsza różnica która nas uderzyła, to …. punktualność. Normalna rzecz. Jak rezonans miał być o 9:30, to w Niemczech Maja o 9:20 wjeżdżała uśpiona na salę. Porównanie z Polską? Jak Maja miała być na czczo by ok 9:00 mieć badanie, tak po 11 godzinach głodówki ok 14:00 w końcu się NIE udało go przeprowadzić. Poznaliśmy również w Polsce ciekawy przypadek ok 3 letniej dziewczynki, która przyjechała z innej części kraju na umówiony MRI, który opóźnił się jedynie o tydzień. Każdego dnia była na czczo po kilka godzin, bo „może się uda”. Także chyba nie powinniśmy narzekać na te nasze kilkanaście godzin. Jest to oczywiście wina systemu. Nasza przyjaciółka opowiadała jak takie sytuacje rozwiązuje się w Stanach. Tam maszyny typu rezonans, czy tomograf oraz wszelkie inne specjalistyczne urządzenia, są po to by przeprowadzać na nich badania cały czas. Pacjenci, którzy są hospitalizowani, tego typu diagnostykę mają wykonywaną w nocy, po to by osoby z wypadków lub nagłych sytuacji miały dostęp do sprzętu w ciągu dnia.

Jednostki międzynarodowe
W klinikach do których trafiliśmy funkcjonowały tzw. jednostki międzynarodowe mające za zadanie zapoznać obcokrajowców z formalną częścią leczenia, pokierować gdzie się udać z jakimi sprawami. Zarówno w owych jednostkach jak i w trakcie całego naszego pobytu w klinikach nie mieliśmy problemu, aby dogadać się w języku angielskim.

Doinformowanie
Profesor Schuhmann był pierwszym lekarzem, który pokazał nam wyniki rezonansu objaśniając krok po kroku co zmieniło się na przestrzeni ostatnich miesięcy w główce Mai. Czuliśmy się naprawdę doinformowani. Możliwe, że nie wszystko potrafimy przekazać, że nie wszystko spamiętaliśmy, ale wychodząc z rozmowy nie czuliśmy żadnego niedosytu. W Polsce zdarzyła się sytuacja kiedy prosząc o wyniki badań pytano nas po co nam one, skoro to wiedza medyczna… Temat nieustannej zmiany wstępnej diagnozy „nowotwór złośliwy-niezłośliwy-złośliwy” pozostawimy już bez komentarza, bo wiecie co przeżywaliśmy przy takiej mieszance emocji…

Personel
Kwestia personelu. Nie możemy powiedzieć, że w Polsce spotkaliśmy kogoś „złego” w sensie niemiłego, chcącego nam zaszkodzić, czy zrobić na złość. Trafialiśmy na bardzo miłe pielęgniarki i lekarzy. Znaczna większość dawała z siebie bardzo wiele za co jesteśmy im wdzięczni. Wszędzie znajdzie się niechlubny wyjątek wkraczający o północy do sali ze śpiącymi dziećmi, których mamy w ostatnich godzinach walczyły jak lwice by ich maleństwa w końcu zasnęły… i wyjątek ten niemal wykrzyknie „pani Kuklińska, bilans!”. 😉 W Niemczech nie doświadczyliśmy takiego niechlubnego wyjątku – może gdybyśmy byli tam dłużej, to nie pukano by delikatnie do drzwi upewniając się, że się nie budzi śpiącej Mai. Albo nie podawano by przysmaków, aby dziecko miało energię jak wybudzi się po zabiegu.

Koncepcja szpitali
Nie ma sensu porównywać szpitali powstałych w naszym PRLu, do nowoczesnych klinik. Jest po prostu inaczej. Budynki są przemyślane. Korytarze są szersze, a miejsca do siedzenia ustawione tak by nie blokować przejść. Podajniki do wody gazowanej lub niegazowanej nie są dostawione w kątach. Są na nie specjalnie zaplanowane wnęki w ścianach. O komforcie pacjentów myślano już przy koncepcji budynku.

Sale na które trafialiśmy mieszczą dwójkę dzieci oraz ich rodziców. Szafy na ubrania. Miejsce przypominające mini kuchnię – blat, obszar na czajnik. Stół z wygodnymi krzesłami, aby rodzic mógł spokojnie zjeść posiłek (rodzic w szpitalu też jest „zaplanowany” systemowo, a nie doczepiony na siłę na skrawku podłogi). Ciężko to porównywać z prowizorką którą trzeba sobie organizować w polskich szpitalach, kiedy to poza standardową szpitalną szafeczką nie mieszczącą wszystkich pieluch i wody teoretycznie nie powinno się nic stawiać.

Mniej bólu
Na powyższym filmie zobaczycie mały zabawkowy rezonans – przyzwyczajał on dzieci do wyglądu tego normalnego, aby się nie bały. Dużym zaskoczeniem dla nas było odwrócenie kolejności przy narkozie. W Polsce najpierw maleństwo zostaje kłute kiedy zakłada mu się wenflon. W Niemczech najpierw dziecko jest uśpione, natomiast dopiero później w ruch idą igły. Maluch nie jest tego świadomy – mniej bólu, cierpienia, mniej traumy. Sala wybudzeń przeznaczona jest na jedno dziecko – jest to z kolei komfort dla rodziców.

Profilaktyka
W Tubingen poznaliśmy panią Wiolę. Polkę, która od kilku lat pracuje w tym mieście. W naturalny sposób nasze rozmowy zeszły na temat opieki zdrowotnej. Powiedziała nam, że właśnie zapisała się na zajęcia ze zdrowego odżywiania oraz fitnessu – jedno i drugie ze środków ichniejszej powszechnej kasy chorych (oczywiście każdy się ubezpiecza, ale ma wybór czy korzysta z powszechnej kasy chorych czy prywatnej oraz czy wybiera ubezpieczenia dodatkowe), w ramach profilaktyki zdrowotnej. Lepiej i taniej jest zapobiegać niż leczyć.

Droga
Polska służba zdrowia przez ostatnie lata przeszła wielkie zmiany – jeszcze trochę ją czeka, ale pomimo tragicznych przeżyć które nas spotkały, naprawdę jesteśmy pełni nadziei, że już niedługo standardy Zachodnie oraz nasze nie będą od siebie odbiegały. Oczywiście należy o to walczyć. Dobrze jest czasami spojrzeć na innych, by móc uczyć się od bardziej doświadczonych. Tylko ilu znajdzie się takich, którzy się na to odważą?

 

 


Powyższy opis jest oparty na naszym doświadczeniu. Nie wiemy czy wszędzie tak jest, czy niekoniecznie.
Możliwe, że „więcej” zobaczymy w czasie wiosennej kontroli.

  • Piotr Pawulski

    Szczęścia i Zdrowia życzymy!