Wieści z frontu, czyli pierwsze dni w Tübingen

Wieści z frontu, czyli pierwsze dni w Tübingen

Czołem Armio!

Wydarzenia wydarzeniami – na pewno jesteście w miarę na bieżąco z tym co się dzieje w Warszawie: szał ciał i moc atrakcji za które niezmiernie DZIĘKUJEMY.

Zakwaterowanie
Tymczasem my od pięciu dni przebywamy w akademicko-medycznym ślicznym mieście Tübingen na południe od Stuttgartu.
Mieszkamy w Familienhaus, czyli domu prowadzonym przez pewną Fundację przeznaczonym właśnie dla rodzin z dziećmi, które przybyły na leczenie do tutejszych klinik. Takich budynków jest w sąsiedztwie kilka – jeden, do którego pisaliśmy w pierwszej kolejności sfinansowany przez José Carrerasa. Z racji na to, że jesteśmy fanami tegoż śpiewaka, a przede wszystkim koncertów Trzech Tenorów łudzimy się, że może wpadnie do nas na Święta? 😉

Zaczepka
Pierwsze dni były totalnym szaleństwem. Nie mieliśmy nawet czasu na wypakowanie, ponieważ w Stuttgardzie zaplanowana była wizyta u anestezjologa przed rezonansem magnetycznym oraz sam rezonans. W piątek natomiast pierwsza wizyta u laryngologa w Tübingen. Już w Stuttgardzie wyszedł na jaw mój niedoskonały akcent. W hollu szpitala św. Olgi Maja zaczepiała pewnego czarnoskórego pana (hmmm nie był raczej Afroamerykaninem – szybciej Afroniemcem). Po wymianie kilku zdań uprzejmościowych pan powiedział „aaaaa so You are from Poland?”. „How did You know?!”. „You’ve got polish accent. Dżeeen dobry. Dżękuję. My friend is from Poland”.

Wracając z rezonansu w Stuttgardzie natknęliśmy się na reklamy zachęcające do wstąpienia do Armii... tym razem nie Majeczki, ale tej Niemieckiej.
Wracając z rezonansu w Stuttgardzie natknęliśmy się na reklamy zachęcające do wstąpienia do Armii… tym razem nie Majeczki, ale tej Niemieckiej.

Afroshop
Wczoraj okazało się, że nie był jedyną osobą mówiącą cokolwiek w naszym ojczystym języku. Drugi był pan prowadzący Afroshop. Tak. Afroshop. Co myśmy tam robili? A co Polacy mogą robić w Niemczech w Afroshopie? Oczywiście, że kupować kartę sim niemieckiego operatora, żeby móc spokojnie dzwonić do rodziny, kiedy zapomnieli załatwić roaming. No dobra, nie obydwoje, ale połowa z nas zapomniała. Można obstawiać w komentarzach które. 🙂 Jak się łatwo domyślić, właściciel Afroshopu również był Afrykańczykiem lub Afroniemcem. Podobnie, po kilku zdaniach powiedział „You are form Poland? Dżenn dobry!”. Po przejściu kilkunastu sklepów mniejszych i większych nie wpadlibyśmy na pomysł, że numer telefoniczny będziemy załatwiać sobie w takim miejscu, ale na szczęście Informacja Turystyczna była niezastąpiona w pokierowaniu nas na właściwą drogę. Przyznam, że kiedy tłumaczyli mi gdzie znajdę kartę sim, nie byłam pewna czy dobrze zrozumieli mój angielski…

Spasiba
W naszym Familienhause dogadujemy się w trzech językach: angielskim, rosyjskim i migowym. Szefową jest Constantina, która twierdzi, że po angielsku mówi tylko troszkę, ale idzie jej świetnie. Drugą osobą z Fundacji jest Olga, która jest Niemką rosyjskiego pochodzenia. Na samym początku bardzo niefortunnie na pytanie czy znam rosyjski stwierdziłam, że troszkę. Z racji na to, że ona nie mówi po angielsku, a my po niemiecku, nieustannie nadaje do mnie po rosyjsku. Generalnie git, gdyby nie to, że nagle skapnęłam się, że mylę „dzień dobry” z „dziękuję” i przez pół dnia nieustannie zamiast za coś dziękować, to ją witałam. Na szczęście chyba zrozumiała uprzejmości 😉

Diuna i Ilisz
Poza nami mieszka tutaj jedna rodzina z Azerbejdżanu: Diuna ze swoją 9-cio letnią córką Ilisz, które przebywają w Tübingen od 10 miesięcy. Ilisz przeszła transplantację i ciągle się tutaj rehabilituje. Mieliśmy już możliwość spróbować tradycyjnej zupy azerskiej „monte” (fonetyczny zapis), a dziś poczęstowały nas kurczakiem przybyłym z Azerbejdżanu z mamą Diuny. Kurczak przeleciał 3 500 km, żebyśmy mogli go zjeść. Był boski, nie to co nasza europejska paczkowana chemia.

Monte
Monte. Tradycyjna azerbejdżańska zupa. Wyglądała jak biały barszcz, ale smakowała jak zupa cytrynowo-miętowa z uszkami…

Sami swoi
Niedziela. Wybraliśmy się na Mszę świętą… w języku polskim. Na piechotę ok 40 minut… nieustannie pod górę. Zalani potem, mając zadyszkę i plączące się nogi – dotarliśmy! Dlaczego Google Maps nie uprzedziło nas jak wygląda trasa, hę? Wychodząc z kościoła zaczepiła nas młoda dziewczyna „Dzień dobry, czy Wy jesteście z Armii Majeczki?” 🙂
To była Sonia. Należy tak jak my do Ruchu Światło-Życie. Ponoć ponad pół kościoła (który był pełny) do niego tutaj należy. Mamy wspólnych znajomych, a o Armii Majeczki Sonia dowiedziała się dzięki Agnieszce (czołem Aga! Dzięki!), naszej wspólnej koleżance. Poznała nas dzięki zdjęciom, które zamieszczamy na stronie i FB. Wymieniliśmy się telefonami i w razie potrzeby mamy dawać znać. Boża Opatrzność działa nieustannie.

Pod wieczór poszliśmy na spacer na Starówkę, ponieważ odbywał się tam świąteczny jarmark. Dziesiątki, a właściwie setki małych kramików porozstawiane na klimatycznych uliczkach. Niemcy chadzający z kuflami z grzanym winem, śpiewy, milion bibelotów, świecidełek, rękodzieła. Nagle dostrzegliśmy skautów! To kolejni „nasi”, choć nie Polacy. Akurat składali swoje stoisko, ale chwilę porozmawialiśmy. Byli z organizacji nazywającej się Royal Rangers-Deutschland, w minionym roku organizowali obóz w Polsce (w okolicach Brześcia?). Po krótkiej rozmowie nagraliśmy film z pozdrowieniami dla Polskich Harcerzy. Także nasi harcerscy Przyjaciele – czujcie się pozdrowieni!

Plan
Choć w weekend odrobinę odetchnęliśmy, to w rozpoczynającym się tygodniu czeka nas spotkanie z naszym profesorem i plan na najbliższy czas. Zobaczymy ile badań i jakie kroki zostaną podjęte. Wiele przed nami, ale jesteśmy pełni nadziei.

Dziękujemy, że jesteście z nami, za wsparcie, organizację wydarzeń, dobre słowo i modlitwę. Wierzymy, że to Pan Bóg dał nam tak dobrych ludzi jak Wy, nasza Armio, Armio Majeczki.

  • Szkoda, że przy takiej okazji nastąpił impuls – ale, Aniu, zdecydowanie powinnaś prowadzić dalej blog! 😉